O nas

„WĘGORZEWSKI POSTRACH” 

Jestem myśliwym Wojskowego Koła Łowieckiego „Żbik” w Węgorzewie i w tym malowniczym, powiatowym, miasteczku
mieszkam. W sercu, pięknej Mazurskiej Krainy.
Nad toczącą wody, rzeką – Węgorapą, usytuowany jest mój dom, w obejście, którego od jakiegoś czasu wpisany jest kojec mojej Mazurskiej Hodowli Wachtelhunda – „WĘGORZEWSKI POSTRACH”. Z moją stosunkowo młodą hodowlą wiążę wielkie nadzieje i śmiałe plany, ale może od początku. Swoją przygodę łowiecką rozpocząłem samotnie – bez psa. Jako młody myśliwy, pełen zapału i pozytywnej energii, sądziłem, że rzucę na kolana wszystko to, co kryje się pod pojęciem „myśliwska pasja”. Upływający, jednak czas, zdobywane, z roku na rok, myśliwskie doświadczenia, pozwoliły mi zauważyć, jak ważny jest pies, w naszej pasji, jakim przydatnym i wspaniałym towarzyszem łowów jest ten czworonóg. Z zazdrością patrzyłem na Kolegów, których status i poważanie w kręgach myśliwskich rosło, przez to, że ich ułożone pieski, pięknie „grały”, wypędzając zwierzynę z niedostępnych miotów, dając możliwość przygotowania się do oddania pewnego strzału. Dotarło do mnie, że wiele trofeów trafiło na ściany myśliwych dzięki pracy psów, a liczne tusze nie zmarnowały się gdzieś w leśnych ostępach. Ile razy, to psy uchroniły myśliwego od szarży rannego zwierza.

Dojrzewała we mnie myśl, że to właśnie pies powinien wyprzedzić zakup doskonalszej broni, czy, rewelacyjnego wabika, a kilka osobistych, myśliwskich „wpadek”, z postrzeleniem zwierza i zetknięć „ oko w oko” z rannym dzikiem, przechyliło szalę do podjęcia decyzji posiadania psa. I taka właśnie motywacja rozpoczęła nowy rozdział w mojej łowieckiej pasji, a od dnia, kiedy młody terierek – Maks stał się niekwestionowanym „członkiem” naszej rodziny, wiedziałem, że pies myśliwski, będzie zawsze mnie absorbował, tylko wówczas jeszcze nie wiedziałem, w jakim stopniu. Rozpoczęły się długie tygodnie zżywania się, pracy z podopiecznym, a przede wszystkim zdobywania rozległej wiedzy na temat właściwego postępowania z użytkowym psem myśliwskim, Tak teoretycznej, jak i praktycznej. Ile to kosztuje, determinacji, wykradanego, rodzinie czasu, rezygnacji z wielu przyjemności, na rzecz uganiania się z pieskiem w terenie, dowiedziałem się dopiero, mając takiego pieska na co dzień. Nie mówiąc o anielskiej cierpliwości, w oczekiwaniu na pierwsze efekty pupilka. 

Coraz dłuższa praca z psem, poznawanie jego kolejnych walorów, a przy okazji gruntowniejsza wiedza i doświadczenie oraz rzetelne opinie fachowców, powodowały, że dostrzegałem wreszcie spodziewane i oczekiwane efekty. Kiedy stwierdziłem, że pies jest pełnowartościowy i czuje myślistwo, a jego zachowanie w terenie daje satysfakcję, zaczęła do mnie docierać inna myśl, że pies się zestarzeje i będę musiał z kolejnym pracować od początku. W związku z tym nabyłem suczkę „Berę”, szczeniaka – Wachtelhunda i już w przydomowym kojcu baraszkowały dwa dzikarze, no może jeden dzikarz i jeden kandydat na dzikarza. Zakup swój uważałem za sensowny, gdyż nie zwiększyła się liczba spacerów, czy innych czynności, a już kształciły się dwa pieski i „psia filozofia” absorbowała mnie coraz bardziej, dając kolejne, inne doświadczenia.
Wspaniale funkcjonujący duet –Bera i Maks – siejący postrach wśród dziczej populacji, jego użytkowa przydatność, jako efekt mojej pracy, utwierdziły mnie w przekonaniu, że w takiej materii, jak psy myśliwskie, mogę zrobić o wiele więcej.
W związku z tym, że suka musi mieć potomstwo, co wskazane jest dla jej prawidłowego rozwoju, zacząłem powoli myśleć o założeniu hodowli. Odwiedziny na stronach internetowych i rozmowy z właścicielami hodowli już istniejących, skutecznie przekonały mnie do podjęcia kroków w tym kierunku.

Motywacji i chęci nie osłabił nawet fakt, że musiałem popracować nad Berą jeszcze w innym aspekcie – nałeżało opatrzyć psa dokumentacją, potwierdzającą jej walory i przydatność do założenia takiej „psiej rodziny”. I znowu praca, konkursy, wystawy i praca! I wbrew pozorom, kolejne obowiązki wyzwalały nowe porcje energii, co było optymistyczne w perspektywie większego przedsięwzięcia. Wydarzenia potoczyły się reakcją łańcuchową. Przybywały dyplomy i medale, przyszły na świat pierwsze, młode „wachtelki”, z czasem znalazły nowych właścicieli, napływały zewsząd informacje o ich rozwoju, a we mnie rosła dojrzałość i przekonanie, że zajęcie się hodowlą Wachtelhunda, to strzał w dziesiątkę. Pierwszy mój pakiet motywacyjny to fakt, że Wachtelhund jest wdzięczną rasą, odporną na warunki mazurskich łowisk, chwytającą w lot elementy tresury i kontakt emocjonalny z człowiekiem oraz atmosferą polowań. 

Drugi natomiast motyw, popychający mnie do działania, to historia Kolegi Ignacego Skrobot – myśliwego w Węgorzewskim Kole Łowieckim „Cyranka”.

Chwila rozmowy z Nim i Jego sympatyczną małżonką Zofią, dała mi więcej do myślenia, niż nie jeden kurs, czy szkolenie. W swojej praktyce myśliwskiej Kolega Ignacy zajmował się ok. 40 lat hodowlą „wachtli”. Zaczął od suczki Erki, później była Elza, Beza i Kora. Wielu rzeczy Państwo Skrobotowie już nie pamiętają i nie wszystkie szczegóły z historii hodowli też są udokumentowane, ale godnym jest fakt, że wszystkie szczenięta miały swoich odbiorców. Nawet po roku 2000, kiedy hodowla wygasła, otrzymywali z Kraju telefony z zapytaniem o szczenięta – „bo takie wspaniałe”.Hodowla przypadała w czasach, kiedy ograniczone były możliwości kontaktowania się i przemieszczania, a i polityka socjalno – bytowa nie pozwalała na swobodne zajęcie się czymkolwiek. Mimo to, pieski z kojca pod skromną nazwą „Węgorzewska Hodowla” znane były w całej Polsce – tak na Śląsku, jak i Wybrzeżu, a najliczniej zasiedlony nimi był teren Warmii i Mazur, Zamówienia składane były, grubo przed narodzinami kolejnych szczeniąt. Do tej pory wielu Kolegów wspomina wyczyny niektórych psów, które stały się legendą węgorzewskiego myślistwa. I tak jak pięknie hodowla prosperowała, tak jej historia skończyła się gdyż podeszły wiek i brak sił Państwa Skrobotów nie pozwoliły im na kontynuację wspaniałej sprawy, a kontynuatorów zabrakło.
Błysk w Ich oczach i zaangażowanie, z jakim Oboje opowiadali o swoich pieskach dowodziły, że było to oddanie emocjonalne połączone z życiem codziennym całej Rodziny. 
Że do piesków trzeba podchodzić z sercem, żeby tym samym odpłaciły, myślę, że 40 letnią praktyką, to udowodnili. Dowodem na to jest również epizod, związany z nabyciem pierwszej suczki – otóż jakieś olsztyńskie koło zakupiło, sprowadzoną z Niemiec suczkę i oddało pod opiekę i tresurę strażnikowi łowieckiemu. Ten człowiek zbagatelizował swoje obowiązki wobec psa i koła, jednocześnie mając problemy alkoholowe ociągał się z regularnym karmieniem, bijąc często swoją podopieczną. Skrajnie wyczerpaną psinę myśliwi chcieli oddać komuś, kto zaopiekowałby się porządnie. I tak Erka trafiła do p. Skrobotów(chyba lepiej nie mogła). Podobno kradła bułki ze stołu i chowała pod kołdrę, bojąc się głodowania, a agresywna była jedynie wobec ludzi pod wpływem alkoholu. Z takimi nawykami psa musieli się zmierzyć nowi właściciele. I dali sobie radę. Natomiast wspominając przydatność użytkową psów, Pani Zofia powiedziała krótko – były takie psy, które świetnie pracowały dla nabywców i takie, które po prostu zostały zmarnowane. Cyt. „..im ktoś więcej przyłożył się do psa, tym miał lepszego!”, niby nic nowego Pani Zosia nie powiedziała, ale potwierdziła i pisaną i niepisaną zasadę. Po tym, co usłyszałem od mich rozmówców, cieszę się, że moja Bera swoje korzenie genetyczne wywodzi z „Węgorzewskiej Hodowli” Państwa Zofii i Ignacego Skrobotów.


Teraz już wiem, że dopóki będę miał siły, pomysły i przyjaznych w tej materii Kolegów, chociażby takich, jak: Tomasz Konatowski i Jacek Miszkiel z mojego Koła oraz Robert Stasiński i Dariusz Domański z K.Ł. „Cyranka” w Węgorzewie, czy Jerzy Litwinienko z K.Ł. „Mazury” w Węgorzewie, których już zaraziłem „psim bakcylem” nie pozwolę, aby kolejna węgorzewska hodowla podzieliła losy hodowli Państwa Skrobotów, a wręcz przeciwnie, zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby mój, „Węgorzewski Postrach” był początkiem wielkiej „RODZINY MAZURSKICH HODOWCÓW”, skupiającej kolejne, powstające hodowle. Opartej na wspólnych doświadczeniach i osiągnięciach i pomocy, w kreowaniu wizerunku „Mazurskiego Wachtelhunda”. Myślę. Że działalność ta, pomoże poczynić dalsze kroki w kierunku dalszej integracji naszej Węgorzewskiej Braci Łowieckiej( i nie tylko), czego jestem gorącym zwolennikiem.

Z myśliwskim „Darz Bór”
Dariusz Tokarz